sobota, 21 lutego 2015

Od Aidena – Pójdziemy na piwko?

Następny dzień wyglądał zupełnie tak jak wczorajszy, przedwczorajszy, ten przed nim i reszta z poprzedniego tygodnia. Studia na ogół polegały na rutynie. Tym bardziej, że prawdziwie uczyć się trzeba było tylko dwa razy w roku.
Po skończonych zajęciach udałem się do tej samej kawiarni co ostatnio. Zamówiłem sobie kawę, jedną z tych słabszych i zacząłem przeglądać notatki. Było w nich coś co mnie niedawno zaintrygowało, tylko nie mogłem sobie do końca przypomnieć co.
Mój umysł nie pracował dzisiaj na najwyższych obrotach, nie bardzo chciało mi się cokolwiek robić, a jednak gdzieś w głębi mnie siedziała ta cicha motywacja. Czasami się zdarza, że musimy coś zrobić, ale nam się nie chce. Wiemy, że tego i tak nie zrobimy, ale nie możemy przestać siedzieć przed biurkiem, bo goni nas sumienie. Właśnie to mnie dzisiaj spotkało, nie miałem takiego problemu od lat.
Wypiłem kawę, pozbierałem notatki i wyszedłem. Nie miałem celu, nie bardzo chciałem wracać do domu, wiedziałem, że nie będę miał tam nic do roboty.
- Aiden?! Kopę lat!
Odwróciłem się za siebie. Czarne włosy, ciemne okulary, skórzana kurtka, biała bluzka, jeansy. Znam tylko jednego gościa, który preferuje ten styl ubierania się.
- Tyler! Co ty tu robisz?
Facet poznany przeze mnie na pierwszych studiach. Wyjechał za granicę od razu po skończeniu kierunku. Miał niewiele gorsze wyniki ode mnie. Nazywali go szatanem psychologii – jeśli chodziło o teorię, na początku zawalał, natomiast w praktyce… Raz spojrzał ci w oczy i już znał twoją historię. Rozpoznawał zachowanie, mowę ciała, wszystko od razu, jakbyśmy sami podawali mu to na tacy.
Swego czasu pomagałem mu nadrabiać z teorią, do dzisiaj mi się nie odwdzięczył, ale wisi mi to.
- Wróciłem, wróciłem do rodziny.
- Do rodziny? – spytałem prześmiewco
- No dobra, znalazłem pracę. Lepszą, bardziej opłacalną, do tego tu na miejscu. Nie mogłem odmówić. A ty? Nie wyniosłeś się z naszego starego, kochanego domu?
- Wyobraź sobie, że dalej studiuję.
- Oblałeś ten drugi kierunek?
Oboje się zaśmialiśmy. Najlepsze żarty na studiach, z którymi się spotykałem, polegały na tym, że ktoś na głos powiedział, że coś oblałem.
- Trzeci. Wziąłem się za reżyserię.
- Niespełnione marzenie?
- Można tak powiedzieć. Robisz coś? Pójdziemy na piwko? – spytałem
Tyler bez problemu się zgodził i już po chwili byliśmy w barze, który odwiedzaliśmy parę lat temu. Chłopak w ogóle się nie zmienił. Był zupełnie tak samo zabawny i pewny siebie. Dogadywaliśmy się tak jak wtedy, to znaczy bardzo dobrze.
Wypiliśmy po jednym piwie, potem wypiliśmy kolejne i nawet nie zauważyłem, kiedy wybiła północ. Byłem kompletnie pijany, Tyler nie wyglądał ani trochę lepiej. W środku miasta miałem auto i praktycznie zero szans na dojście do domu bez czyjejś pomocy.
Z baru wyszliśmy koło pierwszej, Tyler zostawił mnie przed wejściem, a mi do głowy przyszło tylko jedno.
- Jordan? – powiedziałem zaraz po tym jak wybrałem jego numer w komórce.
- Hm?
- Gdzie jesteś? – spytałem ledwo artykułując
- Spiłeś się? – usłyszałem gromki śmiech – Mój braciszek jest pijany i nie może sam dojść do domu? Najlepszy dzień mojego życia!
Zanim Jordan w magiczny sposób pojawił się na miejscu zdążył mnie cztery razy wyśmiać. Nie rozłączył się ani na moment.
Powitał mnie salwą śmiechu, po czym zaprowadził mnie do auta. Dałem mu nawet poprowadzić… Pomimo tego, że nie powinienem. Gamoń nie stuknął mi wozu i nawet odholował mnie do pokoju. Rodzice nic nie usłyszeli.
- Wisisz mi przysługę. – mruknął na koniec.
- Bo ja na enwo zi cossz taaak, ne once. – wydukałem i zasnąłem w ciuchach przeciekających smrodem alkoholu.

To, że następny dzień będzie moją osobistą porażką było więcej niż pewne. Dzięki Tyler, tak bardzo chciałem cię dzisiaj spotkać.