sobota, 21 lutego 2015

Od Aidena – Pójdziemy na piwko?

Następny dzień wyglądał zupełnie tak jak wczorajszy, przedwczorajszy, ten przed nim i reszta z poprzedniego tygodnia. Studia na ogół polegały na rutynie. Tym bardziej, że prawdziwie uczyć się trzeba było tylko dwa razy w roku.
Po skończonych zajęciach udałem się do tej samej kawiarni co ostatnio. Zamówiłem sobie kawę, jedną z tych słabszych i zacząłem przeglądać notatki. Było w nich coś co mnie niedawno zaintrygowało, tylko nie mogłem sobie do końca przypomnieć co.
Mój umysł nie pracował dzisiaj na najwyższych obrotach, nie bardzo chciało mi się cokolwiek robić, a jednak gdzieś w głębi mnie siedziała ta cicha motywacja. Czasami się zdarza, że musimy coś zrobić, ale nam się nie chce. Wiemy, że tego i tak nie zrobimy, ale nie możemy przestać siedzieć przed biurkiem, bo goni nas sumienie. Właśnie to mnie dzisiaj spotkało, nie miałem takiego problemu od lat.
Wypiłem kawę, pozbierałem notatki i wyszedłem. Nie miałem celu, nie bardzo chciałem wracać do domu, wiedziałem, że nie będę miał tam nic do roboty.
- Aiden?! Kopę lat!
Odwróciłem się za siebie. Czarne włosy, ciemne okulary, skórzana kurtka, biała bluzka, jeansy. Znam tylko jednego gościa, który preferuje ten styl ubierania się.
- Tyler! Co ty tu robisz?
Facet poznany przeze mnie na pierwszych studiach. Wyjechał za granicę od razu po skończeniu kierunku. Miał niewiele gorsze wyniki ode mnie. Nazywali go szatanem psychologii – jeśli chodziło o teorię, na początku zawalał, natomiast w praktyce… Raz spojrzał ci w oczy i już znał twoją historię. Rozpoznawał zachowanie, mowę ciała, wszystko od razu, jakbyśmy sami podawali mu to na tacy.
Swego czasu pomagałem mu nadrabiać z teorią, do dzisiaj mi się nie odwdzięczył, ale wisi mi to.
- Wróciłem, wróciłem do rodziny.
- Do rodziny? – spytałem prześmiewco
- No dobra, znalazłem pracę. Lepszą, bardziej opłacalną, do tego tu na miejscu. Nie mogłem odmówić. A ty? Nie wyniosłeś się z naszego starego, kochanego domu?
- Wyobraź sobie, że dalej studiuję.
- Oblałeś ten drugi kierunek?
Oboje się zaśmialiśmy. Najlepsze żarty na studiach, z którymi się spotykałem, polegały na tym, że ktoś na głos powiedział, że coś oblałem.
- Trzeci. Wziąłem się za reżyserię.
- Niespełnione marzenie?
- Można tak powiedzieć. Robisz coś? Pójdziemy na piwko? – spytałem
Tyler bez problemu się zgodził i już po chwili byliśmy w barze, który odwiedzaliśmy parę lat temu. Chłopak w ogóle się nie zmienił. Był zupełnie tak samo zabawny i pewny siebie. Dogadywaliśmy się tak jak wtedy, to znaczy bardzo dobrze.
Wypiliśmy po jednym piwie, potem wypiliśmy kolejne i nawet nie zauważyłem, kiedy wybiła północ. Byłem kompletnie pijany, Tyler nie wyglądał ani trochę lepiej. W środku miasta miałem auto i praktycznie zero szans na dojście do domu bez czyjejś pomocy.
Z baru wyszliśmy koło pierwszej, Tyler zostawił mnie przed wejściem, a mi do głowy przyszło tylko jedno.
- Jordan? – powiedziałem zaraz po tym jak wybrałem jego numer w komórce.
- Hm?
- Gdzie jesteś? – spytałem ledwo artykułując
- Spiłeś się? – usłyszałem gromki śmiech – Mój braciszek jest pijany i nie może sam dojść do domu? Najlepszy dzień mojego życia!
Zanim Jordan w magiczny sposób pojawił się na miejscu zdążył mnie cztery razy wyśmiać. Nie rozłączył się ani na moment.
Powitał mnie salwą śmiechu, po czym zaprowadził mnie do auta. Dałem mu nawet poprowadzić… Pomimo tego, że nie powinienem. Gamoń nie stuknął mi wozu i nawet odholował mnie do pokoju. Rodzice nic nie usłyszeli.
- Wisisz mi przysługę. – mruknął na koniec.
- Bo ja na enwo zi cossz taaak, ne once. – wydukałem i zasnąłem w ciuchach przeciekających smrodem alkoholu.

To, że następny dzień będzie moją osobistą porażką było więcej niż pewne. Dzięki Tyler, tak bardzo chciałem cię dzisiaj spotkać.

piątek, 30 stycznia 2015

Od Rajli - Natręt

Droga do domu była i drogą przez mękę. W domu jednak o dziwo dzień zaczął wracać do normy. Po ciepłej czekoladzie z dodatkiem wanilii i okładach na obolałe miejsca, w moim ukochanym fotelu, przy książce, poczułam się wreszcie dobrze. Wreszcie spokojnie. Nic mnie nie bolało, zły humor zniknął, podobnie jak obawy.
Każda sielanka musi się jednak skończyć. I zawsze dzieje się to zdecydowanie za szybko. Moją przerwał dźwięk telefonu.
Zrezygnowana podniosłam nieznośne urządzenie. Dzwoniła Oriana, odebrałam więc.
- Hej Słońce! - usłyszałam jej rozradowany głos. 
- Hej - rzuciłam ledwie, a dziewczyna zaczęła mi rozentuzjazmowanym głosem przedstawiać sytuację:
- Moja kuzynka ma dziś urodziny. Z tej okazji idziemy do klubu. No wiesz tego nowego w centrum. No i musisz iść z nami.
- Ori wybacz, ale miałam dziś ciężki dzień i... - próbowałam się wymigać.
- Daj spokój! Sara, ty się niemal nigdzie nie ruszasz. Tylko szkoła-dom, dom-szkoła. Musisz się czasem wyrwać. Tak więc będziemy po ciebie o piątej. Masz być gotowa. Dobrze? No nie daj się dużej prosić!
Westchnęłam ciężko. Nie przepadałam za imprezami. Dlaczego? Bo źle się na nich czułam. Z jednej strony chciałam spokoju, ale z drugiej nawet na imprezach wciąż musiałam się kontrolować, a to nie było łatwe. Niby się bawiłam, a jednak zawsze chciałam więcej, z tym, że wiedziałam, że nie mogę.
- No dobrze. Będę gotowa.
Usłyszałam jeszcze rozradowany pisk i milion słów na sekundę zapewnień jak to będzie fajnie.
Gdy wreszcie mogłam się rozłączyć wstałam i podreptałam w stronę szafy. Wyciągnęłam z niej krótką, czerwoną spódniczkę, którą kupiłam kiedyś, sama nie wiem dlaczego, bo przecież w życiu nie miałabym odwagi cywilnej się w nią ubrać.
Odłożyłam skąpy ciuch i ubrałam dość prostą sukienkę, rozpuściłam włosy i rozczesałam je dokładnie i... Nie bardzo miałam ochotę robić coś więcej. A to raczej dziwne, bo powinnam się stroić, pacykować... tak jak to robiły inne dziewczyny. Tylko, że ja nie widziałam w tym sensu. Przecież i tak wszyscy znali mnie już taką jaką się pokazywałam. Byłam grzeczna, spokojna, chyba nawet nudna, ale tak było dobrze. Taką mnie znali, akceptowali. Nie powinnam tego psuć.
Jakoś przechodziłam po domu do tej piątej, a raczej za piętnaście, bo dziewczynom się najwidoczniej spieszyło.
- Jesteśmy! - zakrzyknęła Yuki i zmierzyła mnie wzrokiem. - Miałaś być gotowa! - krzyknęła.
- Jestem - wymamrotałam.
- Przestań! W te pędy cię przebierzemy i podmalujemy - zarządziła Ori.
- Ale po co?
- Mamy przewagę liczebną, nie dyskutuj.
No i zaczął się mojego "kochanego" dnia ciąg dalszy. Dziewczyny znalazł spódniczkę i kazały mi ją założyć, powiązały moją koszulową bluzkę tak, że czułam się jakbym uciekła z baru dla zapijaczonych kowbojów i na domiar złego wymalowały mnie. Być może makijaż sam w sobie był ładny i ładnie by wyglądał, ale na kimś innym niż ja!
W takim stanie  (co chwilę pilnując czy nie mam całego tyłka na wierzchu) zostałam odwieziona na wspomnianą wcześniej imprezę. Oczywiście polał się alkohol, ja jednak jakoś wykręciłam się i zostałam z sokiem. Nie tańczyłam też, a jak już to byle z dala od zbyt wielu spojrzeń. Czułam się tu... nie na miejscu. Jakaś część mnie, ta wyuczona chciała zapaść się pod ziemię, druga jednak najchętniej wbiegłaby między tańczących i wywijała tyłkiem do białego rana.
- No nie bądź taka, maleńka, daj się wyciągnąć na parkiet - usłyszałam po raz kolejny. 
To był znów ten sam chłopak, a raczej już facet. Był ładnych parę lat starszy ode mnie, na dodatek te jego farbowane włosy, blond, z czarnymi pasemkami, sposób bycia i to jak mówił skutecznie mnie odstraszały. I to jak na mnie patrzył, jakby chciał mnie żywcem pożreć. Zapewne powinnam się go bać, a może i nie... biorąc pod uwagę reakcję moich koleżanek.
- On się wciąż na ciebie gapi... Podobasz mu się. Dlaczego z nim nie zatańczysz? - spytała Niki, kuzynka Oriany.
- Nie mam ochoty.
- Ja bym z nim zatańczyła... - uśmiechnęła się Yuki. - Jest przystojny...
- Serio ci się podoba? - spytałam, nie żebym chciała faktycznie wiedzieć.
Dziewczyny jednak zaczęły mówić o nim, a po chwili i wszystkich innych chłopakach, a ja miałam chwilę spokoju. Chwilę, bo gdy poszłam sobie kupić sok ten dziwny typ przypałętał się za mną.
- Może postawić ci drinka? - spytał.
- Nie skorzystam - burknęłam, chcąc jak najszybciej się oddalić.
No i wtedy się stało. Ten buc zrobił o jeden krok za dużo i.. klepnął mnie w tyłek. Nic wielkiego, powiecie... Nic wielkiego?! Po całym tym durnym dniu, który źle się zaczął od samego początku jakiś nachalny buc ośmiela się mnie obmacywać?!
Wywinęłam się zgrabnie i wymierzyłam chłopakowi cios. Nie, to nie był zwykły liść, tylko wprawny prawy sierpowy, szkoła przyjaciela mojej mamy, który na jej polecenie nieco poduczył mnie z samoobrony, a na moje prośby i innych rzeczy.
Chłopak oparł się ciężko o ladę, potrącając przy okazji krzesło i złapał się za policzek.
- Jak mówię "nie" to znaczy: "NIE!". Dotarło?! - ryknęłam.
Wszystkie oczy były skierowane na mnie. Ja jednak szybkim krokiem wyszłam z klubu i kazałam się odwieźć do domu. Dziewczyny nie protestowały, za to wciąż słyszałam kolejne "co tam się stało?", "co on ci robił?", "ale mu przyłożyłaś!". To było straszne. Wyładowałam swoją frustrację i jeszcze bardziej się wkopałam.

Następnego dnia wstałam niespokojna i w nie najlepszym nastroju, który pogorszył się jeszcze gdy przeczytałam SMS'a: "Hej, maleńka. Tu Jordan. Masz charakterek, podoba mi się... To do zobaczenia :*"
Co to niby miało znaczyć i w co ja się niby wplątałam?!


niedziela, 18 stycznia 2015

Od Aidena – Nazywał się Smith

Punktualnie pojawiłem się na pierwszym wykładzie. Historia filmu. Uwielbiałem siedzieć i robić notatki. Faceta od tych wykładów bardzo dobrze się słuchało. Nazywał się Smith, mało popularnie, ale się chociaż dało zapamiętać. Miałem z nim dobry kontakt, cenił mnie za moje przykładanie się do pracy. Zawsze powtarzał, że kiedyś zostanę kimś wielkim. Tego bym chciał…
Obok mnie usiadł James. Nie przyjaciel, nie kolega; znajomy. Nie odzywaliśmy się do siebie często, był ode mnie młodszy. Mimo beznadziejnych kontaktów, bardzo często brał ode mnie notatki, choć nie zawsze mu na to pozwalałem, w takich momentach próbował mnie przekupić albo zastraszyć – nic z tego. Potrafię się trzymać swojego zdania. Jak się obijasz na wykładach, to nie licz potem na dobre oceny.
Kiedy wszedł Smith, na Sali zapanowała cisza. Nikt nie śmiał się odezwać, a wszystkie oczy zapatrzone były w niego. Zawsze przedłużał ten moment, tylko po to by sprawdzić obecność wzrokowo. Jego wykładów nie wolno było opuszczać.
Zaczął. Nawet się nie zorientowałem, kiedy skończył. Robiłem notatki jak zahipnotyzowany, miałem zapisane wszystko – James nic. Można było się tego spodziewać. Spakowałem torbę i wstałem. Podszedłem do biurka profesora Smith’a i spytałem go o parę rzeczy. Nim się obejrzałem zostaliśmy sami, a połowa mojego okienka zniknęła.
- A co pan sądzi o ostatnim filmie Jerry’ego Clarka?
- Masz na myśli „Koło”?
- Tak. Dokładnie.
- Nie przypadł mi do gustu.
- Naprawdę? Mnie się bardzo spodobał. Uważam, że oddanie dzisiejszego świata jako błędnego, powtarzającego się w kółko, systemu, wyszło Clarkowi świetnie.
- Zamysł jest tak łatwo przeczytać, że to aż denerwujące.
- Czyli należy pan do tej większości, która nie zauważyła sedna. Główny bohater miał przedstawiać ten mechanizm. Wszyscy wokół niego to byli statyści. Jego sny oddawały jego pomysły, a to, że nie wcielał ich w życie tylko dodawało wszystkiemu autentyczności. Przebiegłość wzięła górę nad lenistwem, dlatego zabił tego faceta, Petera.
- Jeśli tak to ujmujesz… Chyba będę musiał obejrzeć ten film znowu.
- Powinien pan.
Czułem, że rozmawiam z nim jak równy z równym, nigdy nie przerywał mi wypowiedzi w środku i z uwagą łapał moje słowa. Zawsze wiedział co mam na myśli. Ceniłem to. Nigdy nie spotkałem takiego zrozumienia w domu. O wiele lepiej rozmawiało mi się ze Smith’em.
- A oglądałeś „Szczęście pechowca”?
- Jeszcze nie, miałem się zabrać za to dzisiaj. – powiedziałem szczerze
- To porozmawiamy o tym jutro, a teraz spadaj, bo się spóźnisz na kolejne zajęcia.
- Jasne.
Z uśmiechem na ustach wyszedłem z sali Smith’a i ruszyłem w stronę innej. Wszedłem do środka, choć miałem jeszcze dobre dwadzieścia minut wolnego. Mimo wszystko usadowiłem się na swoim miejscu i wyjąłem notatnik. Wykłady z samej w sobie reżyserii były również ciekawe. Nie zdarzyło mi się żadnego ominąć, pomimo tego, że babka, która je prowadziła nie wymagała pełnej obecności.
W głowie powtórzyłem materiał z poprzedniego wykładu, po czym zacząłem obserwować ludzi wchodzących na salę. Minęło dziesięć minut, dwadzieścia, pół godziny… A babki dalej nie było. Wreszcie ktoś wpadł do sali i grzecznie oznajmił, że dzisiaj jej nie będzie.
Wyszedłem z uczelni, trochę zdenerwowany i skierowałem się w stronę małej kawiarni. Usiadłem pod oknem i zamówiłem kawę. Spojrzałem na ulicę. Była szara i nudna, ludzie spieszyli się by zdążyć w jakieś durne miejsca… Zero wartościowych celów.

Po chwili wyjąłem tablet z torby i podłączyłem się do pierwszego lepszego, wolnego wifi. Do ostatnich zajęć miałem jeszcze trzy godziny, a kontemplowanie sensu ludzi za oknem przerabiałem już tydzień temu.

piątek, 16 stycznia 2015

Od Rajli - Wszystko przeciwko mnie...

Coś mnie goniło. Nie widziałam co, ale wiedziałam, że powinnam uciekać.
Wąski korytarz, którym biegłam skręcał w lewo. W zakręt wpadłam pędem i niemal się przy tym potknęłam, kiedy jednak znów wybiegłam na prostą, stanęłam jak wryta. Przede mną nie było nic. Korytarz kończył się pustką, szarą pustką, w której nie było zupełnie nic. Odwróciłam się na pięcie chcąc wrócić tą samą drogą, ale wiedziałam, że nie dam rady. To co mnie goniło czaiło się za zakrętem. I kiedy już miało wyjść i mnie dorwać…
Obudziłam się zasapana, serce waliło mi jak młotem, a dłonie drżały. Usiadłam na rogu łóżka i przycisnęłam dłonie do twarzy. Spojrzałam na zegarek. Była 5:20.
- No pięknie - wyszeptałam.
Za wcześnie by wstać i zacząć szykować się do szkoły, a jednocześnie na godzinę nie opłacało mi się kłaść i próbować zasnąć.
Byłam zmęczona, na dodatek moje serce nadal kołatało jak szalone, a w żołądku siedziało coś dziwnego.
Wstałam i powłócząc nogami przeszłam do łazienki. Stanęłam nad umywalką i spojrzałam w lustro. Widok był przygnębiający. Ciemne sińce pod oczami były aż nazbyt widoczne na mojej jasnej skórze błyszczącej teraz niezdrowo, a moje rude włosy, z których byłam zazwyczaj raczej zadowolona, przypominały stóg siana.
Zrezygnowana odwróciłam się od swojego odbicia i rozebrałam się. Rzuciłam stary dres, który robił mi za piżamę w kąt i weszłam pod prysznic. Odkręciłam chłodną wodę i stałam tak przez dłuższą chwilę licząc na to, że chłodny prysznic trochę mnie obudzi.
Niestety, nic z tego. Jakaż ja byłam niewyspana. Najpierw długo nie mogłam usnąć, a tylko przewracałam się z boku na bok, a kiedy wreszcie udało mi się wtulić w objęcia Morfeusza zaczął śnić mi się ten koszmar.
Wyszłam spod prysznica i powoli wytarłam się do sucha. Zawinęłam się ręcznikiem i znów stanęłam przed lustrem. Dokładnie rozczesałam i wysuszyłam włosy, aż znowu zaczęły wyglądać tak jak powinny. Były długie, sięgały mi za łopatki, i opadały miękko na plecy, a przy długa grzywka układała się nieco na twarzy.
No właśnie, moja twarz. Z nią też trzeba było coś zrobić. Sięgnęłam więc do kosmetyczki i wyjęłam korektor. Używałam go dość rzadko, ale to był przypadek nadzwyczajny. Dokładnie zakryłam podkładem sińce, a następnie tuszem podkreśliłam rzęsy.
Przyjrzałam się sobie dokładnie przekręcając głowę tak by było ją widać z półprofilu, oceniając swoje dzieło.
Wyszłam z łazienki i podeszłam do szafy. Na wierzchu miałam przygotowane wczoraj ubranie. Białą bluzkę z niewielkim dekoltem i kołnierzykiem, dopasowaną w biuście i luźną w talii oraz klasyczne, ciemnogranatowe spodnie. Do tego moje ulubiona garsonka. Zazwyczaj tak się ubierałam Jak to mówili inni „odświętnie.
Ubrałam się i zeszłam na dół. Mama już krzątała się w kuchni.
- Już nie śpisz? - zapytała.
- Jakoś nie mogłam spać  - wyszeptałam.
Trochę się denerwowałam, choć nie do końca wiedziałam czym. . Choć trochę, to raczej niewłaściwe słowo. Byłam naprawdę zdenerwowana. To nieprzyjemna Coś co siedział mi w żołądku zaczęło się poruszać wywołując mdłości. Podeszłam więc do lodówki i nalałam sobie szklankę soku żurawinowego. Gęsta, cierpka ciecz nieco uspokoiła to uparte, wijące się Coś.
- Oj, nie masz się czym martwić. – usłyszałam. - Na pewno na zajęciach będzie świetnie. Zobaczysz, dasz sobie radę ze wszystkim. Zawsze dajesz…
Niespecjalnie słuchając co mama mówi usiadłam przy stole. Powoli popijałam sok i rozmyślałam nad tym, co mi się śniło. No i próbowałam zwalczyć to dziwne uczucie, że dziś coś się stanie. Coś ważnego…
Zadygotałam, strzepując z siebie coś lodowatego co smyrało mnie po karku. Tak się czułam, gdy coś wielkiego i… niezbyt przyjemnego, miało się wydarzyć.
- …. jajka? - usłyszałam za sobą.
- Co? – zapytałam zdezorientowana.
- Po raz trzeci pytam, czy chcesz sadzone jajka? – powiedziała mama, stając obok mnie. Miała zmartwioną minę.
- Dobrze się czujesz, skarbie? – zapytała kładąc mi dłoń na czole.
- Tak, tylko się zamyśliłam. Wiesz nie wyspałam się i trudno mi się skoncentrować.
- Jeśli źle się czujesz to możesz dziś zostać w domu.
I odwlec tylko moment swojej rychłej egzekucji,  po to by dłużej się denerwować – pomyślałam, choć nie miałam pojęcia dlaczego takie słowa przebiegły mi przez umysł.
- Nie mamo. Naprawdę wszystko w porządku. Poza tym nie chcę sobie robić zaległości.
- Jesteś taka jak twój ojciec, zawsze musisz wszystko mieć pod kontrolą. Nigdy nie zostawiasz niedokończonych spraw, a jak coś cię zastanawia to chodzisz wręcz chora dopóki się wszystkiego nie dowiesz. Ale mniejsza o to. To jak chcesz te jajka?
- Może jedno – uśmiechnęłam się lekko.
Kiedy skończyłam śniadanie poczułam, że jednak te jajka nie były za dobrym pomysłem. Upierdliwe Coś urządziło sobie bowiem walca, a zjedzone przeze mnie śniadanie mu przeszkadzało i próbowało wypchnąć je z powrotem.
Wypiłam więc jeszcze trochę soku i pomaszerowałam do swojego pokoju.
Jeszcze raz sprawdziłam czy wszystko mam. Zeszyty, podręczniki, portfel, piórnik… Tak, było wszystko. Zabrałam więc torbę i wyszłam z domu.
No i w tym momencie się zaczęło. Gdy byłam w połowie drogi na przystanek okazało się, że jednak nie miałam wszystkiego. Konkretnie zapomniałam zabrać notatek, które obiecałam przynieść Yuki. Puściłam się więc biegiem do domu, wbiegając do swojego pokoju rąbnęłam w szafkę, zabolało. Ale czekał mnie jeszcze sprint na przystanek, który przerwało poszukiwanie zagubionych w torbie kluczy, bo mama zdążyła wyjść z domu. Gdy już zdyszana dobiegłam na przystanek autobus już podjechał i z biegu do niego wskoczyłam. W środku panował tłok, a stanie obok chwiejącego się, widocznie podpitego mężczyzny nie należało do przyjemnych. Przez ten ogólny ścisk przegapiłam swój przystanek i musiałam drałować na piechotę z powrotem, żeby wreszcie znaleźć się pod szkołą.
Szłam korytarzem, ledwo stawiając kroki, bo stłuczone przez szafkę kolano, nadwyrężone biegiem i marszem zaczęło boleć, mając nadzieję, że to koniec mojego „owocnego” poranka. Nic bardziej mylnego…
Podeszłam do automatu i wzięłam gorącą czekoladę. Ledwie usiadłam przy notatkach, żeby jeszcze raz je przejrzeć, a ktoś szturchnął mnie mocno, co poskutkowało tym, że zawartość kubeczka wylała się prosto na zapisane kartki.
- Nie… nie… - lamentowałam, próbując cokolwiek odzyskać, co chyba zbyt możliwe nie było, bo gorący napój, plus tusz, którym pisałam, równało się ogromne kleksy.
Pozbierałam co mogłam, sprzątając po sobie jak najdokładniej umiałam i spóźniona ruszyłam korytarzem do Sali wykładowej.
- Co dziś jeszcze? Meteor we mnie uderzy? – spytałam samej siebie.
O dziwo zajęcia były znośne, choć miałam jeszcze kilka drobnych wypadków. Potknęłam się na schodach, wbiłam sobie w dłoń drut, który jakimś dziwnym trafem znalazł się w moje torbie, nie wiem nawet skąd. Tak. Miałam dziś jakiegoś kosmicznego wręcz pecha.

Usiadłam na ławce w parku, musiałam poczekać na autobus, bo spóźniłam się na poprzedni, a to dlatego, że moje spuchnięte, obolałe kolano nie nadawało się do szybkiego marszu i musiałam wlec się chwiejnym spacerkiem. Głowa mnie bolała, a słońce, choć zawsze je lubiłam, przeszkadzało.
Nawet opisać nie potrafię jak bardzo chciałam, by ten dzień się wreszcie skończył…

czwartek, 15 stycznia 2015

Od Aidena – W stronę uczelni

Usiadłem na łóżku i przeciągnąłem się. Spojrzałem na zegarek w telefonie, równo piąta rano. Idealnie. Właśnie o tej godzinie lubię zaczynać dzień. Wszyscy w domu jeszcze śpią, a ja mogę spokojnie przygotować się do dnia.
Wstałem i poszedłem do łazienki. Przemyłem twarz wodą i umyłem zęby. Po chwili wróciłem do pokoju i ubrałem się. Nałożyłem na siebie czarną koszulkę z krótkim rękawem, na nią koszulę, czerwoną w kratę i czarne spodnie. Wziąłem torbę, z którą zazwyczaj chodzę na uczelnię i ruszyłem w stronę kuchni, żeby przygotować sobie śniadanie. Zszedłem na dół, starając się nie obudzić rodziców. W kuchni paliło się światło, mój brat też już nie spał.
- A ty co ranny ptaszku? – zapytał
Uwielbiał się ze mną przekomarzać i mnie irytować, to właściwie było jego hobby.
- Ja powinienem o to spytać. – stwierdziłem, robiąc kawę
- Postanowiłem wstać wcześniej, żeby na spokojnie spędzić trochę czasu z bratem.
- Wiesz, że za trochę wychodzę, a do tego nie mam nastroju na jakiekolwiek rozmowy.
- Jak zawsze.
Zrobiłem sobie kanapkę z żółtym serem i zacząłem ją jeść. Nie zwracałem uwagi na Jordana. Wypiłem kawę, odłożyłem kubek do zmywarki i sprawdziłem ile mam ze sobą pieniędzy. W torbie zawsze miałem jakieś pieniądze, walały się bezczynnie tak, jakby nic nie znaczyły.
- Jadę dzisiaj z Tobą.
- Że co? – powiedziałem zdziwiony
- Jadę z Tobą. Mam coś do załatwienia w centrum, a dobrze wiem, że zabierasz dzisiaj auto.
- Jadę autobusem. – skłamałem
- Więc jadę autobusem z Tobą.
Przez następną chwilę zdążyłem zrobić wszystko co powinienem. Powtórzyłem na zajęcia i zignorowałem brata. Równo o szóstej usłyszeliśmy jak rodzice się budzą. Nie zeszli jednak na dół, bo wiedzieli, że jeszcze nie wyjechałem. Zawsze tak robili, nie wchodzili mi w drogę. Szanowałem to.
O szóstej dwanaście założyłem kurtkę, buty i wyszedłem z domu, nie zwracając uwagi na to, że Jordan cały czas idzie za mną.
- Czego chcesz żółtodziobie? – rzuciłem za siebie
- Mam coś do załatwienia w mieście.
- O tej porze? Ty nigdy nie załatwiasz nic o tej porze. Ty o tej porze śpisz, nawet kiedy masz zajęcia. – stwierdziłem trafnie
- Przestań zabijać otoczenie swoim brakiem humoru. Mam coś do załatwienia i tyle.
- To jedź autem.
- Dobry żart. – powiedział z sarkazmem
Jordan nie zdał pięciu egzaminów na prawko pod rząd. Ojciec się wkurzył i nie pozwolił mu przez rok próbować, więc braciszek został skazany na mnie i moją łaskę. Mimo to nie zachowuje się tak jakby mu zależało na tym, żebym go podwoził. Na ogół pchał się do mnie na chama, a rodzice temu przytakiwali, bo nie mieli innego pomysłu. Bywa, to ja jestem ten dorosły.
Wsiedliśmy do autobusu, oczywiście musiałem dać pieniądze na bilet dla brata… Kretyn nigdy nie ma ze sobą pieniędzy, gdy trzeba. Ale gdy nie trzeba…
Stanąłem przy wcięciu dla wózków, żeby nie zabierać miejsca jakiejś staruszce i wyjąłem słuchawki z torby. Założyłem je na uszy i puściłem jakąś muzykę z telefonu. Zrobiłem to głównie po to, by nie musieć rozmawiać z Jordanem.
Po jakimś czasie w autobusie rozbrzmiał głos – „centrum!” – i pełno ludzi, łącznie ze mną i Jordanem.
- Nara. – rzucił w pewnym momencie i odbiegł ode mnie

Wreszcie miałem spokój. Ruszyłem w stronę uczelni z uśmiechem na twarzy. Jak zwykle oczy innych mówiły tylko jak bardzo gardzą mną i moim pochodzeniem. Bywa. Co mogę zrobić. Jestem jaki jestem i rodziny nie zmienię, wystarczy, że charakter mam inny.