czwartek, 15 stycznia 2015

Od Aidena – W stronę uczelni

Usiadłem na łóżku i przeciągnąłem się. Spojrzałem na zegarek w telefonie, równo piąta rano. Idealnie. Właśnie o tej godzinie lubię zaczynać dzień. Wszyscy w domu jeszcze śpią, a ja mogę spokojnie przygotować się do dnia.
Wstałem i poszedłem do łazienki. Przemyłem twarz wodą i umyłem zęby. Po chwili wróciłem do pokoju i ubrałem się. Nałożyłem na siebie czarną koszulkę z krótkim rękawem, na nią koszulę, czerwoną w kratę i czarne spodnie. Wziąłem torbę, z którą zazwyczaj chodzę na uczelnię i ruszyłem w stronę kuchni, żeby przygotować sobie śniadanie. Zszedłem na dół, starając się nie obudzić rodziców. W kuchni paliło się światło, mój brat też już nie spał.
- A ty co ranny ptaszku? – zapytał
Uwielbiał się ze mną przekomarzać i mnie irytować, to właściwie było jego hobby.
- Ja powinienem o to spytać. – stwierdziłem, robiąc kawę
- Postanowiłem wstać wcześniej, żeby na spokojnie spędzić trochę czasu z bratem.
- Wiesz, że za trochę wychodzę, a do tego nie mam nastroju na jakiekolwiek rozmowy.
- Jak zawsze.
Zrobiłem sobie kanapkę z żółtym serem i zacząłem ją jeść. Nie zwracałem uwagi na Jordana. Wypiłem kawę, odłożyłem kubek do zmywarki i sprawdziłem ile mam ze sobą pieniędzy. W torbie zawsze miałem jakieś pieniądze, walały się bezczynnie tak, jakby nic nie znaczyły.
- Jadę dzisiaj z Tobą.
- Że co? – powiedziałem zdziwiony
- Jadę z Tobą. Mam coś do załatwienia w centrum, a dobrze wiem, że zabierasz dzisiaj auto.
- Jadę autobusem. – skłamałem
- Więc jadę autobusem z Tobą.
Przez następną chwilę zdążyłem zrobić wszystko co powinienem. Powtórzyłem na zajęcia i zignorowałem brata. Równo o szóstej usłyszeliśmy jak rodzice się budzą. Nie zeszli jednak na dół, bo wiedzieli, że jeszcze nie wyjechałem. Zawsze tak robili, nie wchodzili mi w drogę. Szanowałem to.
O szóstej dwanaście założyłem kurtkę, buty i wyszedłem z domu, nie zwracając uwagi na to, że Jordan cały czas idzie za mną.
- Czego chcesz żółtodziobie? – rzuciłem za siebie
- Mam coś do załatwienia w mieście.
- O tej porze? Ty nigdy nie załatwiasz nic o tej porze. Ty o tej porze śpisz, nawet kiedy masz zajęcia. – stwierdziłem trafnie
- Przestań zabijać otoczenie swoim brakiem humoru. Mam coś do załatwienia i tyle.
- To jedź autem.
- Dobry żart. – powiedział z sarkazmem
Jordan nie zdał pięciu egzaminów na prawko pod rząd. Ojciec się wkurzył i nie pozwolił mu przez rok próbować, więc braciszek został skazany na mnie i moją łaskę. Mimo to nie zachowuje się tak jakby mu zależało na tym, żebym go podwoził. Na ogół pchał się do mnie na chama, a rodzice temu przytakiwali, bo nie mieli innego pomysłu. Bywa, to ja jestem ten dorosły.
Wsiedliśmy do autobusu, oczywiście musiałem dać pieniądze na bilet dla brata… Kretyn nigdy nie ma ze sobą pieniędzy, gdy trzeba. Ale gdy nie trzeba…
Stanąłem przy wcięciu dla wózków, żeby nie zabierać miejsca jakiejś staruszce i wyjąłem słuchawki z torby. Założyłem je na uszy i puściłem jakąś muzykę z telefonu. Zrobiłem to głównie po to, by nie musieć rozmawiać z Jordanem.
Po jakimś czasie w autobusie rozbrzmiał głos – „centrum!” – i pełno ludzi, łącznie ze mną i Jordanem.
- Nara. – rzucił w pewnym momencie i odbiegł ode mnie

Wreszcie miałem spokój. Ruszyłem w stronę uczelni z uśmiechem na twarzy. Jak zwykle oczy innych mówiły tylko jak bardzo gardzą mną i moim pochodzeniem. Bywa. Co mogę zrobić. Jestem jaki jestem i rodziny nie zmienię, wystarczy, że charakter mam inny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz