Coś mnie goniło. Nie widziałam co, ale wiedziałam,
że powinnam uciekać.
Wąski korytarz, którym biegłam skręcał w lewo. W
zakręt wpadłam pędem i niemal się przy tym potknęłam, kiedy jednak znów
wybiegłam na prostą, stanęłam jak wryta. Przede mną nie było nic. Korytarz
kończył się pustką, szarą pustką, w której nie było zupełnie nic. Odwróciłam
się na pięcie chcąc wrócić tą samą drogą, ale wiedziałam, że nie dam rady. To
co mnie goniło czaiło się za zakrętem. I kiedy już miało wyjść i mnie dorwać…
Obudziłam się zasapana, serce waliło mi jak młotem,
a dłonie drżały. Usiadłam na rogu łóżka i przycisnęłam dłonie do twarzy.
Spojrzałam na zegarek. Była 5:20.
- No pięknie - wyszeptałam.
Za wcześnie by wstać i zacząć szykować się do
szkoły, a jednocześnie na godzinę nie opłacało mi się kłaść i próbować zasnąć.
Byłam zmęczona, na dodatek moje serce nadal kołatało
jak szalone, a w żołądku siedziało coś dziwnego.
Wstałam i powłócząc nogami przeszłam do łazienki.
Stanęłam nad umywalką i spojrzałam w lustro. Widok był przygnębiający. Ciemne
sińce pod oczami były aż nazbyt widoczne na mojej jasnej skórze błyszczącej
teraz niezdrowo, a moje rude włosy, z których byłam zazwyczaj raczej
zadowolona, przypominały stóg siana.
Zrezygnowana odwróciłam się od swojego odbicia i
rozebrałam się. Rzuciłam stary dres, który robił mi za piżamę w kąt i weszłam
pod prysznic. Odkręciłam chłodną wodę i stałam tak przez dłuższą chwilę licząc
na to, że chłodny prysznic trochę mnie obudzi.
Niestety, nic z tego. Jakaż ja byłam niewyspana.
Najpierw długo nie mogłam usnąć, a tylko przewracałam się z boku na bok, a
kiedy wreszcie udało mi się wtulić w objęcia Morfeusza zaczął śnić mi się ten
koszmar.
Wyszłam spod prysznica i powoli wytarłam się do sucha.
Zawinęłam się ręcznikiem i znów stanęłam przed lustrem. Dokładnie rozczesałam i
wysuszyłam włosy, aż znowu zaczęły wyglądać tak jak powinny. Były długie,
sięgały mi za łopatki, i opadały miękko na plecy, a przy długa grzywka układała
się nieco na twarzy.
No właśnie, moja twarz. Z nią też trzeba było coś
zrobić. Sięgnęłam więc do kosmetyczki i wyjęłam korektor. Używałam go dość
rzadko, ale to był przypadek nadzwyczajny. Dokładnie zakryłam podkładem sińce,
a następnie tuszem podkreśliłam rzęsy.
Przyjrzałam się sobie dokładnie przekręcając głowę
tak by było ją widać z półprofilu, oceniając swoje dzieło.
Wyszłam z łazienki i podeszłam do szafy. Na wierzchu
miałam przygotowane wczoraj ubranie. Białą bluzkę z niewielkim dekoltem i kołnierzykiem,
dopasowaną w biuście i luźną w talii oraz klasyczne, ciemnogranatowe spodnie.
Do tego moje ulubiona garsonka. Zazwyczaj tak się ubierałam Jak to mówili inni „odświętnie.
Ubrałam się i zeszłam na dół. Mama już krzątała się
w kuchni.
- Już nie śpisz? - zapytała.
- Jakoś nie mogłam spać - wyszeptałam.
Trochę się denerwowałam, choć nie do końca
wiedziałam czym. . Choć trochę, to raczej niewłaściwe słowo. Byłam naprawdę
zdenerwowana. To nieprzyjemna Coś co siedział mi w żołądku zaczęło się poruszać
wywołując mdłości. Podeszłam więc do lodówki i nalałam sobie szklankę soku
żurawinowego. Gęsta, cierpka ciecz nieco uspokoiła to uparte, wijące się Coś.
- Oj, nie masz się czym martwić. – usłyszałam. - Na
pewno na zajęciach będzie świetnie. Zobaczysz, dasz sobie radę ze wszystkim.
Zawsze dajesz…
Niespecjalnie słuchając co mama mówi usiadłam przy
stole. Powoli popijałam sok i rozmyślałam nad tym, co mi się śniło. No i
próbowałam zwalczyć to dziwne uczucie, że dziś coś się stanie. Coś ważnego…
Zadygotałam, strzepując z siebie coś lodowatego co
smyrało mnie po karku. Tak się czułam, gdy coś wielkiego i… niezbyt przyjemnego,
miało się wydarzyć.
- …. jajka? - usłyszałam za sobą.
- Co? – zapytałam zdezorientowana.
- Po raz trzeci pytam, czy chcesz sadzone jajka? – powiedziała
mama, stając obok mnie. Miała zmartwioną minę.
- Dobrze się czujesz, skarbie? – zapytała kładąc mi
dłoń na czole.
- Tak, tylko się zamyśliłam. Wiesz nie wyspałam się
i trudno mi się skoncentrować.
- Jeśli źle się czujesz to możesz dziś zostać w
domu.
I odwlec tylko
moment swojej rychłej egzekucji, po to
by dłużej się denerwować – pomyślałam, choć nie miałam pojęcia dlaczego
takie słowa przebiegły mi przez umysł.
- Nie mamo. Naprawdę wszystko w porządku. Poza tym
nie chcę sobie robić zaległości.
- Jesteś taka jak twój ojciec, zawsze musisz
wszystko mieć pod kontrolą. Nigdy nie zostawiasz niedokończonych spraw, a jak
coś cię zastanawia to chodzisz wręcz chora dopóki się wszystkiego nie dowiesz.
Ale mniejsza o to. To jak chcesz te jajka?
- Może jedno – uśmiechnęłam się lekko.
Kiedy skończyłam śniadanie poczułam, że jednak te
jajka nie były za dobrym pomysłem. Upierdliwe Coś urządziło sobie bowiem walca,
a zjedzone przeze mnie śniadanie mu przeszkadzało i próbowało wypchnąć je z
powrotem.
Wypiłam więc jeszcze trochę soku i pomaszerowałam do
swojego pokoju.
Jeszcze raz sprawdziłam czy wszystko mam. Zeszyty,
podręczniki, portfel, piórnik… Tak, było wszystko. Zabrałam więc torbę i
wyszłam z domu.
No i w tym momencie się zaczęło. Gdy byłam w połowie drogi na przystanek okazało się, że
jednak nie miałam wszystkiego. Konkretnie zapomniałam zabrać notatek, które
obiecałam przynieść Yuki. Puściłam się więc biegiem do domu, wbiegając do
swojego pokoju rąbnęłam w szafkę, zabolało. Ale czekał mnie jeszcze sprint na przystanek, który przerwało poszukiwanie zagubionych w torbie kluczy, bo mama
zdążyła wyjść z domu. Gdy już zdyszana dobiegłam na przystanek autobus już
podjechał i z biegu do niego wskoczyłam. W środku panował tłok, a stanie obok
chwiejącego się, widocznie podpitego mężczyzny nie należało do przyjemnych.
Przez ten ogólny ścisk przegapiłam swój przystanek i musiałam drałować na
piechotę z powrotem, żeby wreszcie znaleźć się pod szkołą.
Szłam korytarzem, ledwo stawiając kroki, bo
stłuczone przez szafkę kolano, nadwyrężone biegiem i marszem zaczęło boleć,
mając nadzieję, że to koniec mojego „owocnego” poranka. Nic bardziej mylnego…
Podeszłam do automatu i wzięłam gorącą czekoladę. Ledwie
usiadłam przy notatkach, żeby jeszcze raz je przejrzeć, a ktoś szturchnął mnie
mocno, co poskutkowało tym, że zawartość kubeczka wylała się prosto na zapisane
kartki.
- Nie… nie… - lamentowałam, próbując cokolwiek
odzyskać, co chyba zbyt możliwe nie było, bo gorący napój, plus tusz, którym
pisałam, równało się ogromne kleksy.
Pozbierałam co mogłam, sprzątając po sobie jak
najdokładniej umiałam i spóźniona ruszyłam korytarzem do Sali wykładowej.
- Co dziś jeszcze? Meteor we mnie uderzy? – spytałam
samej siebie.
O dziwo zajęcia były znośne, choć miałam jeszcze
kilka drobnych wypadków. Potknęłam się na schodach, wbiłam sobie w dłoń drut,
który jakimś dziwnym trafem znalazł się w moje torbie, nie wiem nawet skąd.
Tak. Miałam dziś jakiegoś kosmicznego wręcz pecha.
Usiadłam na ławce w parku, musiałam poczekać na
autobus, bo spóźniłam się na poprzedni, a to dlatego, że moje spuchnięte,
obolałe kolano nie nadawało się do szybkiego marszu i musiałam wlec się
chwiejnym spacerkiem. Głowa mnie bolała, a słońce, choć zawsze je lubiłam,
przeszkadzało.
Nawet opisać nie potrafię jak bardzo chciałam, by
ten dzień się wreszcie skończył…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz