piątek, 16 stycznia 2015

Od Rajli - Wszystko przeciwko mnie...

Coś mnie goniło. Nie widziałam co, ale wiedziałam, że powinnam uciekać.
Wąski korytarz, którym biegłam skręcał w lewo. W zakręt wpadłam pędem i niemal się przy tym potknęłam, kiedy jednak znów wybiegłam na prostą, stanęłam jak wryta. Przede mną nie było nic. Korytarz kończył się pustką, szarą pustką, w której nie było zupełnie nic. Odwróciłam się na pięcie chcąc wrócić tą samą drogą, ale wiedziałam, że nie dam rady. To co mnie goniło czaiło się za zakrętem. I kiedy już miało wyjść i mnie dorwać…
Obudziłam się zasapana, serce waliło mi jak młotem, a dłonie drżały. Usiadłam na rogu łóżka i przycisnęłam dłonie do twarzy. Spojrzałam na zegarek. Była 5:20.
- No pięknie - wyszeptałam.
Za wcześnie by wstać i zacząć szykować się do szkoły, a jednocześnie na godzinę nie opłacało mi się kłaść i próbować zasnąć.
Byłam zmęczona, na dodatek moje serce nadal kołatało jak szalone, a w żołądku siedziało coś dziwnego.
Wstałam i powłócząc nogami przeszłam do łazienki. Stanęłam nad umywalką i spojrzałam w lustro. Widok był przygnębiający. Ciemne sińce pod oczami były aż nazbyt widoczne na mojej jasnej skórze błyszczącej teraz niezdrowo, a moje rude włosy, z których byłam zazwyczaj raczej zadowolona, przypominały stóg siana.
Zrezygnowana odwróciłam się od swojego odbicia i rozebrałam się. Rzuciłam stary dres, który robił mi za piżamę w kąt i weszłam pod prysznic. Odkręciłam chłodną wodę i stałam tak przez dłuższą chwilę licząc na to, że chłodny prysznic trochę mnie obudzi.
Niestety, nic z tego. Jakaż ja byłam niewyspana. Najpierw długo nie mogłam usnąć, a tylko przewracałam się z boku na bok, a kiedy wreszcie udało mi się wtulić w objęcia Morfeusza zaczął śnić mi się ten koszmar.
Wyszłam spod prysznica i powoli wytarłam się do sucha. Zawinęłam się ręcznikiem i znów stanęłam przed lustrem. Dokładnie rozczesałam i wysuszyłam włosy, aż znowu zaczęły wyglądać tak jak powinny. Były długie, sięgały mi za łopatki, i opadały miękko na plecy, a przy długa grzywka układała się nieco na twarzy.
No właśnie, moja twarz. Z nią też trzeba było coś zrobić. Sięgnęłam więc do kosmetyczki i wyjęłam korektor. Używałam go dość rzadko, ale to był przypadek nadzwyczajny. Dokładnie zakryłam podkładem sińce, a następnie tuszem podkreśliłam rzęsy.
Przyjrzałam się sobie dokładnie przekręcając głowę tak by było ją widać z półprofilu, oceniając swoje dzieło.
Wyszłam z łazienki i podeszłam do szafy. Na wierzchu miałam przygotowane wczoraj ubranie. Białą bluzkę z niewielkim dekoltem i kołnierzykiem, dopasowaną w biuście i luźną w talii oraz klasyczne, ciemnogranatowe spodnie. Do tego moje ulubiona garsonka. Zazwyczaj tak się ubierałam Jak to mówili inni „odświętnie.
Ubrałam się i zeszłam na dół. Mama już krzątała się w kuchni.
- Już nie śpisz? - zapytała.
- Jakoś nie mogłam spać  - wyszeptałam.
Trochę się denerwowałam, choć nie do końca wiedziałam czym. . Choć trochę, to raczej niewłaściwe słowo. Byłam naprawdę zdenerwowana. To nieprzyjemna Coś co siedział mi w żołądku zaczęło się poruszać wywołując mdłości. Podeszłam więc do lodówki i nalałam sobie szklankę soku żurawinowego. Gęsta, cierpka ciecz nieco uspokoiła to uparte, wijące się Coś.
- Oj, nie masz się czym martwić. – usłyszałam. - Na pewno na zajęciach będzie świetnie. Zobaczysz, dasz sobie radę ze wszystkim. Zawsze dajesz…
Niespecjalnie słuchając co mama mówi usiadłam przy stole. Powoli popijałam sok i rozmyślałam nad tym, co mi się śniło. No i próbowałam zwalczyć to dziwne uczucie, że dziś coś się stanie. Coś ważnego…
Zadygotałam, strzepując z siebie coś lodowatego co smyrało mnie po karku. Tak się czułam, gdy coś wielkiego i… niezbyt przyjemnego, miało się wydarzyć.
- …. jajka? - usłyszałam za sobą.
- Co? – zapytałam zdezorientowana.
- Po raz trzeci pytam, czy chcesz sadzone jajka? – powiedziała mama, stając obok mnie. Miała zmartwioną minę.
- Dobrze się czujesz, skarbie? – zapytała kładąc mi dłoń na czole.
- Tak, tylko się zamyśliłam. Wiesz nie wyspałam się i trudno mi się skoncentrować.
- Jeśli źle się czujesz to możesz dziś zostać w domu.
I odwlec tylko moment swojej rychłej egzekucji,  po to by dłużej się denerwować – pomyślałam, choć nie miałam pojęcia dlaczego takie słowa przebiegły mi przez umysł.
- Nie mamo. Naprawdę wszystko w porządku. Poza tym nie chcę sobie robić zaległości.
- Jesteś taka jak twój ojciec, zawsze musisz wszystko mieć pod kontrolą. Nigdy nie zostawiasz niedokończonych spraw, a jak coś cię zastanawia to chodzisz wręcz chora dopóki się wszystkiego nie dowiesz. Ale mniejsza o to. To jak chcesz te jajka?
- Może jedno – uśmiechnęłam się lekko.
Kiedy skończyłam śniadanie poczułam, że jednak te jajka nie były za dobrym pomysłem. Upierdliwe Coś urządziło sobie bowiem walca, a zjedzone przeze mnie śniadanie mu przeszkadzało i próbowało wypchnąć je z powrotem.
Wypiłam więc jeszcze trochę soku i pomaszerowałam do swojego pokoju.
Jeszcze raz sprawdziłam czy wszystko mam. Zeszyty, podręczniki, portfel, piórnik… Tak, było wszystko. Zabrałam więc torbę i wyszłam z domu.
No i w tym momencie się zaczęło. Gdy byłam w połowie drogi na przystanek okazało się, że jednak nie miałam wszystkiego. Konkretnie zapomniałam zabrać notatek, które obiecałam przynieść Yuki. Puściłam się więc biegiem do domu, wbiegając do swojego pokoju rąbnęłam w szafkę, zabolało. Ale czekał mnie jeszcze sprint na przystanek, który przerwało poszukiwanie zagubionych w torbie kluczy, bo mama zdążyła wyjść z domu. Gdy już zdyszana dobiegłam na przystanek autobus już podjechał i z biegu do niego wskoczyłam. W środku panował tłok, a stanie obok chwiejącego się, widocznie podpitego mężczyzny nie należało do przyjemnych. Przez ten ogólny ścisk przegapiłam swój przystanek i musiałam drałować na piechotę z powrotem, żeby wreszcie znaleźć się pod szkołą.
Szłam korytarzem, ledwo stawiając kroki, bo stłuczone przez szafkę kolano, nadwyrężone biegiem i marszem zaczęło boleć, mając nadzieję, że to koniec mojego „owocnego” poranka. Nic bardziej mylnego…
Podeszłam do automatu i wzięłam gorącą czekoladę. Ledwie usiadłam przy notatkach, żeby jeszcze raz je przejrzeć, a ktoś szturchnął mnie mocno, co poskutkowało tym, że zawartość kubeczka wylała się prosto na zapisane kartki.
- Nie… nie… - lamentowałam, próbując cokolwiek odzyskać, co chyba zbyt możliwe nie było, bo gorący napój, plus tusz, którym pisałam, równało się ogromne kleksy.
Pozbierałam co mogłam, sprzątając po sobie jak najdokładniej umiałam i spóźniona ruszyłam korytarzem do Sali wykładowej.
- Co dziś jeszcze? Meteor we mnie uderzy? – spytałam samej siebie.
O dziwo zajęcia były znośne, choć miałam jeszcze kilka drobnych wypadków. Potknęłam się na schodach, wbiłam sobie w dłoń drut, który jakimś dziwnym trafem znalazł się w moje torbie, nie wiem nawet skąd. Tak. Miałam dziś jakiegoś kosmicznego wręcz pecha.

Usiadłam na ławce w parku, musiałam poczekać na autobus, bo spóźniłam się na poprzedni, a to dlatego, że moje spuchnięte, obolałe kolano nie nadawało się do szybkiego marszu i musiałam wlec się chwiejnym spacerkiem. Głowa mnie bolała, a słońce, choć zawsze je lubiłam, przeszkadzało.
Nawet opisać nie potrafię jak bardzo chciałam, by ten dzień się wreszcie skończył…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz