Droga do domu była i drogą przez mękę. W domu jednak o dziwo dzień zaczął wracać do normy. Po ciepłej czekoladzie z dodatkiem wanilii i okładach na obolałe miejsca, w moim ukochanym fotelu, przy książce, poczułam się wreszcie dobrze. Wreszcie spokojnie. Nic mnie nie bolało, zły humor zniknął, podobnie jak obawy.
Każda sielanka musi się jednak skończyć. I zawsze dzieje się to zdecydowanie za szybko. Moją przerwał dźwięk telefonu.
Zrezygnowana podniosłam nieznośne urządzenie. Dzwoniła Oriana, odebrałam więc.
- Hej Słońce! - usłyszałam jej rozradowany głos.
- Hej - rzuciłam ledwie, a dziewczyna zaczęła mi rozentuzjazmowanym głosem przedstawiać sytuację:
- Moja kuzynka ma dziś urodziny. Z tej okazji idziemy do klubu. No wiesz tego nowego w centrum. No i musisz iść z nami.
- Ori wybacz, ale miałam dziś ciężki dzień i... - próbowałam się wymigać.
- Daj spokój! Sara, ty się niemal nigdzie nie ruszasz. Tylko szkoła-dom, dom-szkoła. Musisz się czasem wyrwać. Tak więc będziemy po ciebie o piątej. Masz być gotowa. Dobrze? No nie daj się dużej prosić!
Westchnęłam ciężko. Nie przepadałam za imprezami. Dlaczego? Bo źle się na nich czułam. Z jednej strony chciałam spokoju, ale z drugiej nawet na imprezach wciąż musiałam się kontrolować, a to nie było łatwe. Niby się bawiłam, a jednak zawsze chciałam więcej, z tym, że wiedziałam, że nie mogę.
- No dobrze. Będę gotowa.
Usłyszałam jeszcze rozradowany pisk i milion słów na sekundę zapewnień jak to będzie fajnie.
Gdy wreszcie mogłam się rozłączyć wstałam i podreptałam w stronę szafy. Wyciągnęłam z niej krótką, czerwoną spódniczkę, którą kupiłam kiedyś, sama nie wiem dlaczego, bo przecież w życiu nie miałabym odwagi cywilnej się w nią ubrać.
Odłożyłam skąpy ciuch i ubrałam dość prostą sukienkę, rozpuściłam włosy i rozczesałam je dokładnie i... Nie bardzo miałam ochotę robić coś więcej. A to raczej dziwne, bo powinnam się stroić, pacykować... tak jak to robiły inne dziewczyny. Tylko, że ja nie widziałam w tym sensu. Przecież i tak wszyscy znali mnie już taką jaką się pokazywałam. Byłam grzeczna, spokojna, chyba nawet nudna, ale tak było dobrze. Taką mnie znali, akceptowali. Nie powinnam tego psuć.
Jakoś przechodziłam po domu do tej piątej, a raczej za piętnaście, bo dziewczynom się najwidoczniej spieszyło.
- Jesteśmy! - zakrzyknęła Yuki i zmierzyła mnie wzrokiem. - Miałaś być gotowa! - krzyknęła.
- Jestem - wymamrotałam.
- Przestań! W te pędy cię przebierzemy i podmalujemy - zarządziła Ori.
- Ale po co?
- Mamy przewagę liczebną, nie dyskutuj.
No i zaczął się mojego "kochanego" dnia ciąg dalszy. Dziewczyny znalazł spódniczkę i kazały mi ją założyć, powiązały moją koszulową bluzkę tak, że czułam się jakbym uciekła z baru dla zapijaczonych kowbojów i na domiar złego wymalowały mnie. Być może makijaż sam w sobie był ładny i ładnie by wyglądał, ale na kimś innym niż ja!
W takim stanie (co chwilę pilnując czy nie mam całego tyłka na wierzchu) zostałam odwieziona na wspomnianą wcześniej imprezę. Oczywiście polał się alkohol, ja jednak jakoś wykręciłam się i zostałam z sokiem. Nie tańczyłam też, a jak już to byle z dala od zbyt wielu spojrzeń. Czułam się tu... nie na miejscu. Jakaś część mnie, ta wyuczona chciała zapaść się pod ziemię, druga jednak najchętniej wbiegłaby między tańczących i wywijała tyłkiem do białego rana.
- No nie bądź taka, maleńka, daj się wyciągnąć na parkiet - usłyszałam po raz kolejny.
To był znów ten sam chłopak, a raczej już facet. Był ładnych parę lat starszy ode mnie, na dodatek te jego farbowane włosy, blond, z czarnymi pasemkami, sposób bycia i to jak mówił skutecznie mnie odstraszały. I to jak na mnie patrzył, jakby chciał mnie żywcem pożreć. Zapewne powinnam się go bać, a może i nie... biorąc pod uwagę reakcję moich koleżanek.
- On się wciąż na ciebie gapi... Podobasz mu się. Dlaczego z nim nie zatańczysz? - spytała Niki, kuzynka Oriany.
- Nie mam ochoty.
- Ja bym z nim zatańczyła... - uśmiechnęła się Yuki. - Jest przystojny...
- Serio ci się podoba? - spytałam, nie żebym chciała faktycznie wiedzieć.
Dziewczyny jednak zaczęły mówić o nim, a po chwili i wszystkich innych chłopakach, a ja miałam chwilę spokoju. Chwilę, bo gdy poszłam sobie kupić sok ten dziwny typ przypałętał się za mną.
- Może postawić ci drinka? - spytał.
- Nie skorzystam - burknęłam, chcąc jak najszybciej się oddalić.
No i wtedy się stało. Ten buc zrobił o jeden krok za dużo i.. klepnął mnie w tyłek. Nic wielkiego, powiecie... Nic wielkiego?! Po całym tym durnym dniu, który źle się zaczął od samego początku jakiś nachalny buc ośmiela się mnie obmacywać?!
Wywinęłam się zgrabnie i wymierzyłam chłopakowi cios. Nie, to nie był zwykły liść, tylko wprawny prawy sierpowy, szkoła przyjaciela mojej mamy, który na jej polecenie nieco poduczył mnie z samoobrony, a na moje prośby i innych rzeczy.
Chłopak oparł się ciężko o ladę, potrącając przy okazji krzesło i złapał się za policzek.
- Jak mówię "nie" to znaczy: "NIE!". Dotarło?! - ryknęłam.
Wszystkie oczy były skierowane na mnie. Ja jednak szybkim krokiem wyszłam z klubu i kazałam się odwieźć do domu. Dziewczyny nie protestowały, za to wciąż słyszałam kolejne "co tam się stało?", "co on ci robił?", "ale mu przyłożyłaś!". To było straszne. Wyładowałam swoją frustrację i jeszcze bardziej się wkopałam.
Następnego dnia wstałam niespokojna i w nie najlepszym nastroju, który pogorszył się jeszcze gdy przeczytałam SMS'a: "Hej, maleńka. Tu Jordan. Masz charakterek, podoba mi się... To do zobaczenia :*"
Co to niby miało znaczyć i w co ja się niby wplątałam?!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz